22.07.2015 12:07 Wiek: 11 yrs
Kategoria: Sport
Kategoria: Sport
Go to hell ultramaraton
Zachęcamy do przeczytania relacji z kolejnego, biegowego wyczynu działdowianina Pawła Żmijewskiego. Tym razem opowiada on, jak pokonał 80 km dystans z Gdyni do Helu.
Nie wiem, czy pamiętacie, jak w kwietniu opisywałem swój pierwszy przebiegnięty maraton. W drodze powrotnej z tej imprezy zrodził się pomysł, żeby jeszcze bardziej podnieść poprzeczkę. Poszperałem trochę w necie i znalazłem. Mamy lipiec, czas wakacyjny, a jak wakacje to morze, jak morze to Hel, jak Hel to korki, jak je ominąć - może na nogach - i tak zapisałem się na bieg ultra z Gdyni do Helu, dystans 80 km.
Po zapisach od razu wpłaciłem wpisowe, żeby nie mieć pretekstu do wycofania się i zacząłem przygotowania. Najpierw poczytałem trochę jak się przygotować, co pić i jeść podczas biegu. Potem testowałem jedzenie na treningach, przebiegałem ok. 100-120 km tygodniowo. W weekendy czasem dwukrotnie przebiegałem dystans maratoński 42 km, w sobotę i w niedzielę.
W końcu nadszedł czas startu. W piątek 17.07. spotkanie i odprawa techniczna w jednej z restauracji w Gdyni. Popatrzyłem na ludzi, z którymi następnego dnia miałem biec i zacząłem się bać. Widać było, że niektórzy nie wyglądają na nowicjuszy. W głowie myśli - może odpuścić, może nie jestem jeszcze gotowy, nie dam rady. Wróciłem do mojej kwatery, kolacyjka oczywiście makaron (DUŻO makaronu), przygotowanie paczek z jedzeniem, które miały na mnie czekać w wyznaczonych punktach co ok. 12-15 km na trasie.
W sobotę rano pobudka o 2:30, śniadanko kawa i na start, który miał nastąpić o 4:30. Na miejscu startu (dworzec PKP Gdynia Główna) byłem już o 3:50 ? powoli zaczyna przybywać zawodników. O 4:30 zgodnie z planem nastąpił start, wystartowało ok. 130 osób. Początek zgodnie założonym planem spokojne tempo (motto przeczytane w książce o biegaczach "Im wolniej zaczniesz, tym szybciej skończysz") i coś w tym jest. Po 15 km pierwszy pit stop, biorę moją paczkę zjadam bułkę z masłem orzechowym, snikersa i zapijam puszką coli, biegnę dalej.
Połowa dystansu (40 km) był we Władysławie. Mały kryzys, ale zwalczyłem go bułką z szynką i serem, snikersem , żelem energetycznym i oczywiście colą. Biegnę dalej i jak się okazało szybciej niż wcześniej. Od 50 km zaczyna padać deszcz, ludzie uciekają z plaży, a dla nas to zbawienie, trochę ochłody. Po godzinie przestaje padać. I tu niespodzianka wybiegam na wysokości Jastarni na mój wierny fanklub, czyli moja żonę i jej brata z narzeczoną. Stwierdzili, że wyglądam nadzwyczaj dobrze, jak na przebiegnięcie takiego dystansu.
Na 60 km dopadł mnie kolejny kryzys, nogi zaczęły boleć szczególnie na zbiegach, ale jak to powiedział organizator dzień wcześniej "zawsze boli, trzeba po prostu biec dalej i poczekać, aż przestanie" i przestało i znów przyspieszyłem.
I w końcu jest upragniona meta, na którą dotarłem po 8 godzinach, 55minutach i 6 sekundach.Jestem na 27 miejscu.
Podsumowując: zjadłem 4 bułki z masłem orzechowym, 4 batony, 5 żeli energetycznych, paczkę żelków, wypiłem 2 lity Coli i 5 litrów izotoniku.
Nogi bolały, ale było warto. Dziś bez wahania pobiegłbym to jeszcze raz.
Atmosfera na trasie była super, wszyscy się nawzajem wspierali.
Po krótkiej regeneracji wracam na biegowe trasy, na których jest nas coraz więcej.
Korzystają z okazji zapraszam wszystkich do uczestnictwa w naszym lokalnym biegu - "Pierwsza Urodzinowa Dycha". Jeśli nie jako biegacze to przynajmniej jako kibice, którzy też są bardzo ważni na tego typu imprezach. Ja jestem już zapisany.
Do zobaczenia na trasie.
Paweł Żmijewski



